Pokładziny, czyli publiczna noc poślubna

Dobrawa
Z czym kojarzy Wam się noc poślubna? A no zapewne z tym, że pani młoda i pan młody wchodzą do sypialni (ustronnego miejsca) i oddają się miłosnym uniesieniom. Jest to przecież ich pierwsza noc, kiedy są małżeństwem, niektórzy aż do tej chwili zachowują wstrzemięźliwość seksualną.
Noc poślubna nie zawsze jednak była intymna. W X wieku Mieszko I i Dobrawa musieli uczestniczyć w tzw. pokładzinach. Było to coś podobnego do dzisiejszej nocy poślubnej, z jednym wyjątkiem, ale jakże istotnym. Wszystkiemu mogli przypatrywać się goście weselni. Niestety, Dobrawa jako przykładna katoliczka nie mogła sobie pozwolić na stosunek z poganinem, dlatego odmówiła udziału w tym obrzędzie, co Mieszko odczytał jako zniewagę. Naraził się również na szyderstwa.
Pokładziny miały na celu przypieczętowanie zawartego ślubu. W wyniku takiego aktu musiała polać się krew. W czasach, kiedy na naszych ziemiach nie królowało jeszcze chrześcijaństwo, wierzono że krew zwiastuje akceptację związku przez bogów. W przypadku, gdyby do krwawienia nie doszło uznawano, że małżeństwo nie uzyskało aprobaty bóstw, a tym samym uznawano je za nieważne lub takie, którego przyszłość jest marna. Czasami dochodziło również do demolki miejsca, w którym odbywało się wesele, aby pokazać swoje niezadowolenie z negatywnych wyników pokładzin. Gdy krew się nie pojawiała plamiono prześcieradło czymś co kolorem ją przypominało. Czasami wystarczyło po prostu brutalne "zabranie się do roboty" (hehehe)
Zwyczaj pokładzin przetrwał aż do XVII wieku, czyli do czasów sarmatyzmu. Tak jest,  nie tylko Piastowie, ale i Jagiellonowie spółkowali przy świadkach. Z Jagiellonami to było tak, że u nich ceremonia zaślubin była bardzo długa, a zaraz po uroczystościach kościelnych państwo młodzi nie mogli iść do łóżka. Odbywało się coś, co możemy nazwać symboliczną nocą poślubną miała ona miejsce... w kościele (a dokładnie w katedrze wawelskiej, bo tam były zawierane wszystkie małżeństwa Jagiellonów)! Ale w kościele jak to w kościele, porządek musi być, dlatego okrywano baldachimem parę młodą. To była tylko namiastka tego, co czekało nowożeńców później... no bo w świątyni jednak nie mogli uprawiać seksu.
Dopiero po zakończonych obrzędach liturgicznych oraz po hucznym przyjęciu weselnym, na którym wszyscy świetnie się bawili dochodziło do właściwej nocy poślubnej, kiedy małżonkowie udawali się do sypialni (ale nie sami, bo towarzyszyli im dostojnicy państwowi, goście z zagranicy, a nawet... biskup, który najpierw musiał odmówić modlitwę i pokropić małżeńskie łoże wodą święconą) i tam dochodziło do właściwego aktu spółkowania. Przyglądali się mu zaproszeni goście. Po wszystkim nowożeńcy wreszcie zostawali sami.

Podsumowując trzeba powiedzieć, że w tamtych czasach małżeństwo było traktowane jako karta przetargowa. Mieszko I żeniąc się z Dobrawą nie oczekiwał uniesień miłosnych w łóżku, a jedynie korzyści płynących z połączenia Polski i Czech. Gall Anonim twierdził, że pierwszy historyczny władca Polski był poganinem do tego stopnia, że miał "na boku" inne kobiety. W czasach przedchrześcijańskich poligamia była na porządku dziennym.
Korzyści płynące z zawarcia małżeństwa liczyły się tak samo i w późniejszych czasach, no bo przecież pannie młodej wybierano męża, gdy była jeszcze małą dziewczynką. Historia, nie tylko Polski, ale i np. Francji, pokazała że władcy nie zawsze byli wierni swoim żonom.

P.S. Jeśli chcecie dowiedzieć się więcej w tym temacie, polecam książki Kamila Janickiego - "Żelazne Damy. Kobiety, które zbudowały Polskę, a także "Damy Złotego Wieku". Na ich podstawie powstał ten tekst.

Komentarze